Biała Wiedźma | Wiedźma z Klasą!

PRZERYWAJĄC MILCZENIE – HISTORIE PORODOWE – OPOWIEŚĆ SYLWII

[Artykuł gościnny z serii: PRZERYWAJĄC MILCZENIE – HISTORIE PORODOWE]

***

UWAGA!! Tylko dla osób o silnych nerwach.

***

Skurcze zaczęły mi sie nocą 7 lutego... Nie były regularne, raz co 10 minut raz co 20... Męczyłam sie cała noc, nie spałam i czekałam aż sie unormują i będę mogła jechać do szpitala. Fakt, cieszyłam sie ze to już, ze utule synka i w koncu nie będę nosić przed sobą 10 kg brzucha. 8 lutego rano skurcze ustały, ale już nie było czasu odespać, pojechałam kupic ostatnie potrzebne rzeczy dla mnie i mojego Syna... Wieczorem znów zaczęły sie skurcze, tym razem silniejsze i częstsze lecz wciąż nieregularne. Zaczęłam krwawić. Zadzwoniłam do swojego ginekologa prowadzącego ciąże, powiedział bym przyjechała jak bedą regularne i częstsze a krwawienie to norma. Fajnie ze nie powiedział wcześniej na żadnej z wizyt, moze za mało płaciłam przychodząc prywatnie. Nie mniej jednak byłam pewna ze chodząc do niego prywatnie bedzie ze mną przy porodzie, przecież pracuje w szpitalu...ufałam mu... Skurcze co 10 minut miałam dopiero około 13 po południu. Nie czułam sie tak zle, owszem bolało... Ale byłam podekscytowana ze już zaraz zobaczę Gabriela na świecie. Byłam tylko zmęczona... Tyle godzin nie spałam... Gdy przeszłam już ta śmieszna procedurę i papierologie przy przyjmowaniu do szpitala zobaczyłam swojego lekarza...zbadał mnie i powiedział No Żomżalska będziesz dziś rodzić. Byłam pewna ze zostanie ze mną.... Na porodówce okazało sie ze jednak nie. Na szczęście miał byc przy mnie mój mazi patrząc na to wszystko wiem ze bez niego nie dałabym rady... Psychicznie.

Była pani położna, na pierwszy rzut oka miła... Potem okazała sie zwykła psychopatyczna s*ka. Wciąż nie miałam skurczy szybciej niż przy przyjęciu do szpitala, przebili mi wody i zostałam z mężem sama. No i zaczęło sie.... Mój lekarz dzwonił do położnej co chwile i pytał co i jak a ona za każdym razem odpowiadała ze wszystko tak jak ma byc... Chciał by podała mi oksytocynę na przyspieszenie skurczy bo długo to trwało ale uparcie twierdziła ze nie ma takiej potrzeby bo wszystko jest tak jak powinno byc. Kazała zmieniać mi pozycje, kazała oprzeć sie rekami o oparcie za przeproszeniem z dupa wypięta ... Wszędzie krew, ktoś sobie wszedł, wyszedł, przyszedł pogadał.... A ja tak trwalam... Obnażona pozbawiona jakiejkolwiek intymności która sobie wyjątkowo mocno cenie... Czy w tych czasach ciężko o jeden parawan? Byłam bezradna wstyd mi było... Na przemian z wielkim bólem od częstszych skurczy. Powiedziała z głupim uśmiechem ze mam sie pospieszyć bo ona do 17 chce odebrać poród... Jakbym mogła to bym sobie już dawno wycisnęła to dziecko czyż nie? Potem zaczęła mi tam grzebać przy każdym skurczu... Czułam jakby mnie coś rozrywalo na pol, dosłownie. Jakbym płonęła na stosie. Nie rozumiałam dlaczego to robi, żadna z dziewczyn z która rozmawiałam o porodzie nie musiała tego doświadczać. Przychodził czasem jakiś lekarz rownież wkładając palce i grzebiąc a ja myślałam ze rozrywa mi wnętrzności. Pamietam... Białe rękawiczki całe we krwi... Ciagle i ciagle... Nie miałam sił. Psychicznie i fizycznie. Uśmiechnęła sie krzywo popatrzyła na mojego męża i zapytała "co, fajnie sie patrzy na cierpienie bliskich?" Popłakał sie... A we mnie zaczęło sie gotować. Wsciekłość, gniew, bezradność bezsilność brak postępu i kolejna mijająca godzina bez zmian. W pewnym momencie straciłam przytomność. Tak po prostu zamknęłam oczy ale miałam świadomość. Słyszałam i czułam ze mam drgawki, ze rzuca mną na łożku ale nie bolało, było mi dobrze, błogo i spokojnie. Usłyszałam jak mój maz ja wola, przyszła i jakoś mnie wybudziła, choć nie wiem czy to sen... Pamietam tylko ze krzyczała do mnie ze mam oddychać. Oddychaj, oddychaj... A ja nie chciałam. Było mi wszystko jedno. Było mi dobrze...

No ale wróciłam. Znów ból zmęczenie wsciekłość. Więcej krwi ludzi lazacych w te i we w te gapiacych sie tam gdzie sobie nie życzyłam. Myślałam tylko o tym by ten koszmar sie skończył. By już go wyjęli, bym już nie czuła.

Zadzwonił mój lekarz, powiedziała ze nic sie nie dzieje i wszystko ok.. A to przed chwila to co to było? Podała mi oksytocynę przyspieszyło to skurcze na co 5 minut... Co dwie... Co minute... Grzebała. Rozrywalo mnie ale nie miałam sił nawet krzyczeć ani szarpnąć ja za włosy i rozwalić jej twarz i kant mojego łóżka. Powiedziałam ze nie dam rady urodzić naturalnie czy moze mi zrobić cesarkę.. Nie chodziło o ból. Chodziło o brak sił. Nie spałam tyle godzin a tyle godzin to trwa i nie kończy sie... Nie miałam sił ruszyć ręka nie chciałam wogole sie ruszyć nie chciałam oddychać...wyśmiała mnie. Ale powiedziała ze owszem zadzwoni do lekarza poinformować o życzeniu pacjentki po czym usłyszałam ze pani by chciała cesarkę bo ja boli i zaczęła sie śmiać. Perfidnie, chamsko, na głos. Myślałam ze zadzwoniła do mojego lekarza... Skurcz już był za skurczem, postępu porodu wciąż brak i już zaczęły mi sie skurcze parte... Pomyslałam sobie gładząc brzuch... Ze już zaraz koniec... Spokojnie synku, już zaraz koniec... Pomóż mi bo nie dam rady sama... Jeszcze trochę i wszystko sie skończy... I nagle przyleciała położna mówiąc ze mnie zabierają na cesarkę bo dziecko nie ma tętna, ze jest za duże i za daleko w kanale radnym. A do cholery do tej pory wszystko niby było tak jak powinno?! Nagle za daleko jest?Pamietam ta ulgę, nie martwiłam sie... Czułam ulgę i spokój... Wiedziałam ze bedzie dobrze... Pamietam jak przyleciał lekarz i zadzwonili po mojego. Pamietam jak podali mi w kroplowce coś na zatrzymanie skurczy i to uczucie gdy miałam skurcz po raz ostatni. Potem dostałam zbieczulenie w kręgosłup zrobiło mi sie cieplutko i przestałam czuć wszystko od pasa w dół. Przyjechał mój lekarz i powiedział ze mogłam mowić szybciej to by mi już dawno zrobił cesarkę i bym sie tyle nie męczyła .... Ale nie chciałam już z nikim rozmawiać tłumaczyć i powiedzieć jak bardzo mnie zawiódł zostawiajac mnie z ta psychopatka. Poczułam lekkie pociąganie za brzuch i usłyszałam go. Mały siny spuchnięty rozwrzeszczany. Uśmiechnęłam sie. Nie wiem czy z ulgi ze koszmar już sie skończył czy dlatego ze zobaczyłam swojego syna. Po chwili zobaczyłam mojego męża w drzwiach z nim na rękach... Popłynęły mi łzy...

Od około 20-21 7 lutego do 17:35 9 lutego. Tyle to trwało. Nie rozumiem dlaczego ja. Choć w sumie dlaczego nie? Dlaczego niektóre kobiety po 2 godzinach skurczy pierdną i dziecko już jest...

Nie miałam pokarmu. Nie pojawił mi sie. Karmili moje dziecko butelka. Wstać mogłam dopiero następnego dnia rano. Przyszła pani i powiedziała ze mam powoli próbować wstać i uważać bo bedzie kręciło mi sie w głowie. Próbowałam podnieść sie na łokciach ale bardzo bolało. Choć patrząc na wcześniejsze przeżycia można było znieść z uśmiechem. Podeszła i szarpiąc podniosła oparcie łóżka razem ze mną. Ot, tak powoli moze wyglądało według niej. Sztuczne mleko dawali mi co 3 godziny, mój syn jadł tylko troszkę i od razu zasypiał. Mleko mogło stać godzinę... Budził sie po 1,5 - 2 godzinach i nie miałam co mu dać. Płakał a ja nie miałam mleka próbowałam przystawiać go do piersi myśląc ze moze wtedy ruszy... Ale darł sie odpychał i nie chciał... Był głodny a ona nie chciała dać mi mleka... Bo dają co 3 godziny i koniec... Nie miałam co mu dać płakałam razem z nim próbując ululac... Na szczęście wyszłam po 3 dniach. Jakbym miała tam zostać dłużej to bym sie wypisała na żądanie bo psychicznie był nie wytrzymała. Nie pokazały jak mam go przebrać jak nosić jak dbać jak uspokoić... O coś przeciwbólowego musiałam sama iść i sie prosić żadna nie przyszła by zapytać czy dam radę czy chce coś przeciwbólowego...

Wróciłam do domu. Byłam jak robot... Płakałam, nie mogłam wytrzymać. Czułam sie zła matka. Z tych najgorszych. Nie wierzyłam kiedy każda mama mówiła ze jak sie widzi już dziecko zapomina sie o bólu i porodzie. Nie zapomina sie. Ani na sekundę nie zapomniałam co czułam. Pamietam to dzień w dzień za każdym razem gdy patrzę na mojego syna widzę tez poród. Nie czulam na początku mocnej więzi jak to sie rzekomo powinno miec, nie leżałam godzinami wlepiając sie w niego i podziwiając jaki ma śliczny nosek jakie oczka a jakie słodziutkie dołeczki w rączkach i urocze kupki robi. Po prostu był i ja byłam. Czułam sie zła dla niego nie wystarczająca. Czułam ze nie kocham go tak jak powinnam kochać, ze kocham go za słabo. To przecież nie jego wina ze musiałam to przejść. Ryczalam dniami i nocami nie mogąc podnieść sie psychicznie. Kochałam go tak... Ale jakby wciąż za słabo. Maz bardzo mi pomagał i robił wszystko bym czuła sie lepiej ale to wciąż za mało. Kiedy jako tako doszłam do siebie fizycznie próbowaliśmy sie zbliżyć to nie umiałam... Przez długi czas... Nie potrafiłam sie zbliżyć bo za każdym razem miałam przed oczami białe rękawiczki we krwi... Nie umiałam mu pozwolić na dotyk... Bardzo długo...

Potem wpadłam na jakieś forum czy coś dla prawdziwych miłosiernych chrześcijan piszących o tym ze kobieta która miała cesarkę nie ma prawa nazywać sie matka bo nigdy nie urodziła swojego dziecka. Ze jej blizna na brzuchu to hańba. Tak, ciekawa miłość do wszystkich bliźnich jak to nakazuje ta wiara. Czułam sie gorsza, dobiło mnie to bardziej. A już w ogole jak mama nie karmi piersią to tez nie jest matka tylko potworem który nie dba o swoje dziecko.... A ja nie miałam czym karmić.

Minęło już prawie 1,5 roku od tego zdarzenia. Tak sobie łzy płyną, rzadko płacze. Próbuje zakopać to wspomnienie gdzies w najgłębszych otchłaniach umysłu i tak po troszku wyciągam na wierzch by to jakoś ogarnąć psychicznie. Powolutku po trochę... A kiedy zaczyna boleć zakopuje znów.

Sylwia

 

[Na tekst nie zostały naniesione żadne poprawki, by zachować jego pełną autentyczność]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.